W poprzednim numerze "Naszej Polski" przedstawiliśmy sylwetki braci Eugeniusza i Aleksandra Smolarów. Dziś pokazujemy na przykładzie tej rodziny, jak wyglądała przymusowa wymiana elit w Polsce po 1945 r.

Z sowieckiego nadania...

W wyniku II wojny światowej oraz obu okupacji - niemieckiej i sowieckiej - Polska utraciła (w olbrzymiej większości bezpowrotnie) swe elity intelektualne, polityczne i moralne. Kto zajął ich miejsce w tzw. Polsce Ludowej? O tym za chwilę.

Sowieci i Niemcy - duet zbrodniarzy

Na skutek eksterminacyjnej polityki niemieckich nazistów rozstrzeliwano od początku, po wejściu Wehrmachtu na ziemie polskie, znaczących przedstawicieli polskiej inteligencji: pracowników administracji, działaczy politycznych, księży, nauczycieli. Symbolem tej polityki jest coraz bardziej zapomniany cmentarz w Palmirach. Ile było takich Palmir? I czy można zapomnieć, że obóz koncentracyjny w Auschwitz został założony w 1940 r. dla Polaków?

Nie inaczej postępowali Sowieci na zajętych przez siebie ziemiach polskich po 17 września 1939 r. Już od pierwszych godzin tego dnia zrewoltowane bandy białorusko-żydowskie i ukraińsko-żydowskie przystąpiły do fizycznej likwidacji (połączonej z bezprzykładnym okrucieństwem!) miejscowego ziemiaństwa, księży, osadników wojskowych, rannych i osłabionych żołnierzy i oficerów WP. Do dziś nie dociera do świadomości Polaków, że na skutek tej rewolty (kierowanej odgórnie przez NKWD-owską agenturę!) straciło życie, według szacunkowych obliczeń prof. Ryszarda Szawłowskiego, ok. 10 tys. polskich obywateli, w większości współtworzących przedwojenne elity. Prawdziwym kataklizmem zakończył się paniczny sowiecki odwrót z tych terenów po 22 czerwca 1941 r. W więzieniach NKWD przebywały wówczas dziesiątki tysięcy ludzi, objętych śledztwem, przygotowywanych do wykonania kar śmierci lub wywózki na Syberię. Mimo ogólnej paniki, Sowieci zdołali bestialsko wymordować na miejscu lub w trakcie ewakuacji większość z nich. Symbolem polityki sowieckiej jest Katyń (Twer, Charków...). Olbrzymia większość przedwojennej kadry oficerskiej WP, wziętej przez Sowietów do niewoli, to byli oficerowie rezerwy. W cywilu byli oni lekarzami, adwokatami, inżynierami, naukowcami. Ich śmierć to symboliczna kaźń polskich elit, które dostały się w szpony czerwonych zbrodniarzy.

Mieli ułatwione zadanie...

Gdy w 1944 r. Sowieci postanowili "odbudować Polskę" na swój wzór i podobieństwo, mieli już ułatwione zadanie. Społeczeństwo było bowiem - po pięcioletniej krwawej okupacji - prawie całkowicie "obezhołowione", tzn. pozbawione tradycyjnego przywództwa. Tak jak natura nie znosi próżni, nie mogło jej być także w polityce: miejsce wyeksterminowanych polskich elit przedwrześniowych szybko się zapełniło. Komuniści nie mieli jednak gotowych kadr intelektualnych, co było zrozumiałe. Przedwojenne struktury komunistyczne, działające nielegalnie w II RP, nie przyciągały w ogóle inteligencji. Zresztą nie była ona potrzebna - obowiązująca doktryna zakładała bowiem, że ich rolę znakomicie wypełni "awans społeczny". Hasło: nie matura, lecz chęć szczera... obowiązywało nie tylko w ludowym Wojsku Polskim, dotyczyło bowiem wszelkich form życia społecznego.

Herszowi Smolarowi starczyły cztery klasy podstawówki

Artykuł Pawła Siergiejczyka o rodzinie Smolarów opublikowany w "Naszej Polsce" z 2 stycznia br. jest kapitalnym przykładem "wymiany elit" w powojennej Polsce. Może nawet nie tyle wymiany, bo to kojarzy się z naturalnym procesem, mającym miejsce w każdym społeczeństwie. Był to niewątpliwie proces "mianowania" nowych elit przez uzurpatorskich komunistów. Tak było z Herszem vel Grzegorzem Smolarem, głową opisywanego rodu. Ukończył on do 1917 r. zaledwie cztery klasy szkoły podstawowej (!) i rozpoczął działalność w kółkach syjonistycznych, by w 1920 r., podczas inwazji bolszewików na Polskę znaleźć się w tzw. Komitecie Rewolucyjnym (taka droga to nie przypadek, wielu bowiem działaczy syjonistycznych łatwo znajdowało drogę do struktur komunistycznych!).

Cztery klasy podstawówki to było w kręgach rewolucyjnych już coś: otwierało drogę na sowiecki Uniwersytet. W 1923 r. Hersz Smolar został przerzucony nielegalnie do Związku Sowieckiego, gdzie skierowano go "na studia"(!) w Komunistycznym Uniwersytecie Mniejszości Narodowych Zachodu w Moskwie. Po kilkunastu miesiącach nauki (z dłuższymi przerwami na działalność ściśle partyjną) Hersz zdołał je ukończyć. Nie wiemy tylko, jaką specjalność otrzymał i jak ją doskonalił podczas kolejnego nielegalnego pobytu w Związku Sowieckim w latach 1934-1935.

Pseudonim "Jefrim"

Bardzo ważny jest okres jego życia w sowiecko-żydowskiej partyzantce w latach 1943-1944. W niektórych życiorysach Hersz Smolar podawał, że był członkiem Sztabu Zjednoczenia Partyzanckiego w południowej zonie Puszczy Białowieskiej. W rzeczywistości działał na terenie Puszczy Nalibockiej i w jej okolicach, a przekłamanie nie było świadome. Po prostu absolwent Sowieckiego Uniwersytetu w Moskwie nie znał w ogóle geografii! Dlatego też Puszcza Białowieska mogła mu się mylić z odległą o setki kilometrów Puszczą Nalibocką. Ukrywało się tam bardzo wielu Żydów i Sowieci usiłowali zrobić z nich swych partyzantów. Smolar otrzymał stopień wojskowy lejtnanta i pod ps. "Jefim" został redaktorem naczelnym pięciu "gazet partyzanckich" wydawanych w języku rosyjskim i jidysz. Pisał później o sobie wprawdzie, że był uczestnikiem większej ilości bojów z hitlerowcami, ale trudno ustalić jakiekolwiek konkrety. Więcej informacji dostarcza z tego okresu wspomnienie Anatola Wertheima o żydowskiej partyzantce "na Białorusi". Wertheim był szefem sztabu oddziału Simchy Zorina, zwanego "Oddziałem nr 106 Iwienieckiego Centrum Rejonowego".

Cóż to byli za partyzanci? Wertheim tak opisuje ich życie: jedzenia było pod dostatkiem, a nawet gromadziły się zapasy. Jeszcze w dniu połączenia się z Armią Czerwoną wyciągnęliśmy z jeziora kilkaset zatopionych worków z mąką (...). Nadwyżki jedzenia posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot: przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał z powrotem samogon, słoninę i kiełbasy naszego własnego wyrobu. Jedzenia zatem nie brakowało, "zdobywano" je bowiem nie w niemieckich garnizonach i składach (bo to wymagałoby walki zbrojnej), ale w okolicznych polskich wsiach, uznanych w myśl komunistycznej propagandy za "współpracujące z Niemcami"! Były to wsie, współpracujące z Armią Krajową, a dla sowieckich partyzantów Niemiec i AK-owiec to wsio rawno...

Zorina odwiedzał Smolar

Tam, gdzie żywności było w bród, było też pijaństwo. O tym również Wertheim nie zapomniał się pochwalić: Z powodu pijaństwa wydarzały się w oddziałach nieodwracalne tragedie - zbrojne konflikty, strzelaniny... Oddział Zorina był często odwiedzany przez lejtnanta Hersza Smolara z racji jego obowiązków propagandzisty. Nie wiemy, o czym on pisał w "partyzanckich" gazetkach, ale raczej nie o tym, że "chleba" (nieźle obłożonego smakołykami) i wódki nie brakowało naszym bohaterom. Gdyby był poetą, mógłby nawet napisać hymn: Chleb jest? Jest! Wódka jest? Jest! Ukochany kraj...

Nie wiemy praktycznie nic o faktycznej działalności zbrojnej "partyzantów" sowiecko-żydowskich w Puszczy Nalibockiej. Wertheim też nie podaje bliższych szczegółów, poza jednym - dotyczącym codziennego życia w obozie: Najweselsze wizyty spędzałem z Zorinem. Nasz komendant był bardzo kochliwy, za moich czasów miał już drugą czy trzecią żonę w oddziale, ale uważał, że to wcale nie dosyć. Codziennie rano zasiadał do stołu w towarzystwie aktualnej żony Geni. Pod stołem stała przygotowana zawczasu kadź z samogonem, który Zorin czerpał filiżanką: Wtedy pojawiała się kucharka sztabu Ethel i, głęboko patrząc szefowi w oczy, pytała go z przejęciem, czego sobie życzy na śniadanie. Zorin przesuwał czapkę w tył, drapał się przez chwilę w głowę i zamawiał zawsze takie samo "menu": twarożek ze śmietanką na zakąskę, kawałeczek śledzia i kiełbasę naszego własnego wyrobu. Nic dziwnego, że okoliczna ludność nienawidziła takich partyzantów, tym bardziej że posłusznie wykonywali oni polecenia sowieckich przełożonych. Wszak wrogiem dla nich byli nie tylko Niemcy (zresztą ci byli zbyt silni, aby ich zaczepiali mieszkańcy leśnych obozów z Puszczy Nalibockiej), lecz także miejscowe oddziały AK.

Niepokój polskiego podziemia

W jednej z pacyfikacji polskiego miasteczka Naliboki, co miało miejsce 8 maja 1943 r., polska ludność poniosła olbrzymie straty: zginęło łącznie 128 osób, w tym kobiety i dzieci, niektórzy spaleni żywcem w swoich rodzinnych domach. W tej ekspedycji dla odmiany brali udział "Żydzi Bielskiego" (z obozu rodzinnego Tuwii Bielskiego), jak wspominają to świadkowie zbrodni. A zatem broń posiadana przez partyzantów była przydatna, choć kierowana nie we właściwą stronę. Liczne zbrodnie popełnione na polskich Kresach na ludności cywilnej kryją mroki tajemnic i zmowa milczenia...

Polskie podziemie z niepokojem i goryczą obserwowało wydarzenia na Kresach. W jednym z raportów Delegatury Rządu można przeczytać: Na terenie Nowogródczyzny Niemcy panują tylko nad ważniejszymi ośrodkami, węzłami kolejowymi, liniami kolejowymi biegnącymi ku wschodowi. (...) Teren, dokąd Niemcy nie docierają, a zwłaszcza Puszcza Nalibocka, jest siedliskiem przeważnie sowieckich oddziałów dywersyjnych. Są one dobrze uzbrojone w broń ręczną i maszynową. (...) Najbardziej dają się we znaki, zwłaszcza w odniesieniu do ludności polskiej, tzw. oddziały rodzinne (siemiejnyje), składające się wyłącznie z Żydów i Żydówek w sile 2-ch batalionów. Rzeczywiście, dały się one miejscowym we znaki.

Do czego jeszcze służyła im broń? Simcha Zorin, jak już wiemy, był bardzo kochliwy. Poza zdobywaniem żywności i produktów do pędzenia samogonu, broń mogła też służyć do... No właśnie. Była argumentem rozstrzygającym w takich sytuacjach, jakie opisuje Wertheim: [Zorin] po śniadaniu, jeżeli był w dobrym humorze i nie miał akurat nic lepszego do roboty, wzywał mnie do siebie i proponował: "Nu dawaj, naczalnik sztaba, pajedziom żenitsia!".

Na "ożenek" jechaliśmy zazwyczaj do jakiejś odległej wsi, gdzie Zorin miał z góry upatrzoną dziewuchę. Zajeżdżaliśmy z fasonem - pod eskortą przynajmniej trzydziestu konnych. Nasz watażka zwracał się wprost do ojca wybranki, oznajmiając mu, że właśnie ma zamiar ożenić się z jego córką. Partyzantom w ogóle trudno było odmówić, a co dopiero takiemu komendantowi jak Zorin! Dla większego efektu wyciągał z kieszeni skórzany woreczek, wysypywał z niego na stół "świnki", czyli złote carskie ruble, i bawił się nimi niby od niechcenia, dając do zrozumienia, że nie tylko z niego potężny komendant, ale też nie byle jaki bogacz! Ślub ciągnął się przez dwa, trzy dni, aż Zorin decydował, że pora wracać do oddziału i Geni - przynajmniej do czasu następnego ożenku.

Faktycznie były to zatem gwałty, dokonywane pod eskortą przynajmniej trzydziestu konnych żydowskich "partyzantów". Można sobie wyobrazić, jakiego spustoszenia dokonywali oni w ciągu tych dwóch-trzech dni "żeniaczki". I jaką nienawiścią pałali do nich bezsilni, bezbronni ojcowie pohańbionych córek. Dziś opowieści kresowych starców, wspominających tamte straszne czasy można już zrzucić na karb "polskiego antysemityzmu". A jeszcze lepiej przemilczeć, co też lewicowe, posłuszne media usłużnie czynią.

Hersz Smolar za działalność w tak barwnie opisanej przez jego kolegę Wertheima "żydowskiej partyzantce" otrzymał liczne komunistyczne odznaczenia: Krzyż Grunwaldu III klasy, Krzyż Partyzancki, order "Sztandaru Pracy" II klasy oraz Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski i... Krzyż Walecznych!!! Po wojnie był przez wiele lat prominentem w Polsce Ludowej.

Żona, też towarzyszka

Ciekawym przypadkiem jest jego żona, Walentyna Najdus. Już od 1925 roku działała w Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (która była przybudówką nielegalnej partii komunistycznej) i w "Czerwonej Frakcji". W 1929 r. została przyjęta do Komunistycznego Związku Młodzieży Zachodniej Białorusi w Białymstoku (co to za "Zachodnia Białoruś"?). Jak na prawdziwą rewolucjonistkę przystało, była "prześladowana politycznie" za działalność niezgodną z polskim prawem: po raz pierwszy była aresztowana już w 1928 roku (w wieku zaledwie 19 lat); w latach 1931-1936 odsiadywała karę 4 lat i 7 miesięcy więzienia. Wyszła w styczniu 1936 roku z amnestii (i wówczas formalnie przyjęto ją do Komunistycznej Partii Polski, albowiem nieformalnie nastąpiło to podczas odsiadywania wyroku w 1933 roku). Krótki okres wolności to też aktywny czas jej działalności: była członkiem Komitetu Miejskiego KPP i kierownikiem nielegalnej "szkoły aktywu partyjnego".

Już w listopadzie 1936 r. powróciła do więzienia z bardzo wysokim wyrokiem: 12 lat. W komunie więziennej pełniła odpowiedzialne funkcje: była "sekretarzem agit-propu" i członkiem "komuny więziennej".

W związku z działalnością na rzecz "światowej rewolucji" nie zdążyła ukończyć studiów historycznych na Uniwersytecie Warszawskim - została relegowana z tej uczelni w 1931 roku.

Redaktorka sowieckiej "gadzinówki"

Po agresji sowieckiej na Polskę 17 września 1939 r. znalazła się w Białymstoku i natychmiast doceniono jej przedwojenne "zasługi": została bowiem redaktorem gadzinowego pisemka sowieckiego "Wolna Praca" (później jego tytuł został zmieniony na "Wyzwolony Białystok"). Tu związała się z Herszem Smolarem, wówczas redaktorem komunistycznego pisma pod oryginalnym tytułem "Białystokier Sztern". W maju 1941 roku została przyjęta przez specjalną komisję bolszewicką (na jej czele stał sam tow. Pantalejmon Pomomarenko, pierwszy sekretarz KC KP(b) Białorusi) do Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii "bolszewików" z zaliczonym stażem partyjnym od 1936 roku. Z czasem z dziennikarza została przemianowana na naukowca - była wykładowcą historii w Instytucie Pedagogicznym w Orenburgu, następnie do 1947 r. - na Politechnice w Mińsku, zostając nawet... kierownikiem katedry.

Po powrocie do Polski wstąpiła natychmiast od PPR, przyznano jej dyplom Uniwersytetu Warszawskiego i następnie została wykładowcą Szkoły Partyjnej przy KC PZPR (była tam kierownikiem katedry). Po utworzeniu Instytutu Nauk Społecznych przy KC PZPR była tam docentem. W 1958 r. przeszła do Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, gdzie w 1964 r. otrzymała tytuł naukowy profesora. Bez reszty poświęciła się badaniom dziejów klasy robotniczej i ruchu robotniczego, traktując to jako swoistą misję: traktuję [to] jako swoją podstawową funkcję partyjną. Już w 1954 r. została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Po marcu 1968 roku nie wyjechała z Polski. W PZPR pozostała aktywna do 13 grudnia 1981 r. Wtedy z niej wystąpiła, pozdrawiając jeszcze Wszystkich Towarzyszy (czyli tych, którzy w niej pozostali? Z tow. Jaruzelskim i Kiszczakiem włącznie?!).

Synowie Hersza Smolara i Walentyny Najdus kroczyli początkowo drogą wytyczoną przez rodziców. Starszy Aleksander już w okresie studiów na Uniwersytecie Warszawskim został członkiem PZPR, Eugeniusz przeszedł zaś niezłą szkołę u "walterowców" Jacka Kuronia, czyli w czerwonym harcerstwie. Represje, jakie spadły na komunistyczne środowiska żydowskie w PRL po marcu 1968 roku, były w pewnym sensie niezwykłym dobrodziejstwem dla młodego pokolenia żydowskich komunistów. Dały im przede wszystkim możliwość wyjazdu na Zachód. W sowieckim ustroju w PRL czekała ich zapewne niezła kariera, ale cóż to było w porównaniu z wyjściem na świat w glorii prześladowanych uchodźców politycznych? Pamiętajmy, że było to wówczas marzenie milionów Polaków!

Aleksander został politologiem w elitarnym francuskim Krajowym Centrum Badań Naukowych (CNRS), Eugeniusz zaś - mimo słabej znajomości języka angielskiego - I zastępcą szefa Sekcji Polskiej BBC (szefem był wówczas inny emigrant pomarcowy, Krzysztof Pszenicki). Czy można wyobrazić sobie lepsze kariery?

Ich dzieci stanowią establishment

Dziś ludzie z tamtego pokolenia - żydowskich rodzin komunistycznych - odgrywają niebagatelną rolę w III Rzeczypospolitej. Wyobraźmy sobie zjawisko odwrotne, zwracając się nieco w stronę science fiction. Oto np. gdyby III Rzesza nie upadła w 1945 roku i okupacja Polski przez nazistów trwała, powiedzmy, aż do 1989 roku. Oczywiście nazizm przez następne prawie pół wieku przechodziłby spore przekształcenia (podobnie jak komunizm w tym czasie). Po okresie eksterminacji i straszliwych represji po śmierci Hitlera nastąpiłaby jakaś "mała stabilizacja" (tak, jak po stalinizmie), w której Volksdeutsche i ich dzieci dostałyby we władanie Generalne Gubernatorstwo. Później zaś nadszedłby czas "okrągłego stołu" i zmiana władzy... Czy konieczna byłaby denazyfikacja? Czy przeciwnicy nazizmu, postulujący konieczność rozliczeń nazywani byliby "zoologicznymi antynazistami"?

Wracając zaś do rzeczywistości: czy ludzie zasłużeni dla nazizmu i budowy "tysiącletniej Rzeszy" w okupowanej przez Niemcy Europie odgrywali w niej po wojnie znaczącą rolę? Czy jednak byli odsuwani od służby publicznej, aby zbrodnicza ideologia nie rozprzestrzeniała się w jakikolwiek sposób, bez względu na "prawa człowieka"? Są to oczywiście pytania retoryczne. Przypadek Jörga Heidera w Austrii o tym świadczy. Może kiedyś jednak doczekamy tych czasów, że Europa uzna wreszcie zbrodnie komunistyczne za nie mniej istotne niż zbrodnie nazistowskie. Na przeszkodzie stoi tylko fakt, że zachód Europy nie znalazł się pod okupacją sowiecką. Jest jeszcze jedna przeszkoda: historię komunizmu widzi się tam przede wszystkim oczami takich ludzi, którzy sami kiedyś byli komunistami. A nie jest to widzenie zbyt ostre i obiektywne.

Mirosław Malański

Nasza Polska Nr 02(273)

 Powrót na stronę główną


Strona znajduje się na serwerze www.republika.pl
www.republika.pl